Wczoraj moja towarzyszka leśnych wędrówek napisała mi, że z
okazji Mikołajek kupiła sobie wielki korzeń imbiru, który uwielbia w każdej
postaci, najchętniej soku rozkosznie rozgrzewającego od środka. Pomyślałam, że
w tym roku moje buty będą puste. Nikt mi tam niczego nie włoży, no chyba, że
będę to ja sama… Jak zwykle pomyliłam się! Znowu wierzę z Świętego Mikołaja!
Już rano zadzwoniła moja serdeczna koleżanka, agentka mojej
nowej książki, że wpadnie na chwilkę. I przyniosła z sobą podarunek zdrowy w
postaci migdałów i daktyli. Tak jak lubię. W trakcie naszego spotkania
zadzwonił telefon i ktoś umówił się ze mną na indywidualne szkolenie masażu
Lomi Lomi. I to tak tuż przed świętami. Decyzja padła natychmiast i tak oto w
moich butach wylądowały obfite dary, jakich się nie spodziewałam! Wszechświat
obdarował mnie serdecznie, a ja z radości dziękuję dziś we wszystkich językach
jakie znam. Przede wszystkim tym uniwersalnym, języku ciszy...
Wczoraj przed snem czytałam mądre księgi, a każda jedna
mówiła o odpuszczaniu, o nie przywiązywaniu się do rezultatów pracy, puść,
uwolnij, poddaj się, szeptały stroniczki spisane przez oświecone głowy. I nie
wiem przy którym to już wersecie z kolei, faktycznie COŚ się odwiązało ode
mnie. Westchnęłam sobie z ulgą i poszłam śnić oczyszczające sny.
Mówią poddaj się, odpuść. No właśnie…. Wydaje się to takie
proste, ale w rezultacie co to znaczy? Rozebrać się i nago biegać po osiedlu?
Przestać robić cokolwiek? Zapomnieć o marzeniach, które czekają na
zrealizowanie? Nie planować? Machnąć ręką? Kiedy to poddawanie się, a kiedy
ucieczka bo coś nas przerosło? Kiedy to odpuszczenie, a kiedy zwykła rezygnacja
bo zapał słomiany albo za trudne puszczenie kontroli? Kiedy to uwolnienie jest
nim naprawdę, a nie tchórzliwym zaniechaniem? Cóż, oprócz biegania nago po osiedlu,
przetestowałam wszystkie opcje…
Miotałam się tak przez wiele lat. W końcu podczas hinduskiej
wyprawy zaczęłam coś rozumieć. Sznurki kontroli powoli wymykały się z dłoni i
wcale nie chciałam ich łapać na siłę. Kontrola odlatywała ode mnie jak
baloniki, wyżej i wyżej. Stało się to bardzo łagodnie, kiedy noc całowała się z
dniem, albo odwrotnie. Gdzieś pomiędzy, zaszła przemiana. Nic nie należy do
mnie, nic nie jest moje, nic nie jest na zawsze. Więc o co tak walczę? Jedyne,
co zabiorę z sobą-moją duszę, w nią warto „inwestować”.
Rozpadłam się na miliony kawałków, które dryfowały po
oceanie oczekiwań. Przeżyłam po to, by stworzyć się na nowo, bez zbędnych
ciężarów, z ramionami wyciągniętymi w górę w geście pozdrowienia, poddania, wdzięczności,
zaufania. I KTOŚ się mną zaopiekował, a w zamian wymaga jedynie: miłości,
ufności, wytrwałości. Dużo? Niby tak, niby nie… Ale mnie stać na to. Wiem już
jak jest, kiedy kombinuję sama. Czułam się oplątana nitkami niczym szaleniec w
białym kaftanie bezpieczeństwa. Bez możliwości zrobienia ruchu. Marionetka ma lepszy żywot...
Nie chcę być więcej rybą wyciągniętą z wody. Już wiem jak to jest. Byłam tam.
Dziś widzę, że wykonałam pracę, a każda jedna kropla potu
warta jest mojego wysiłku.

Dobry wieczór Agnieszko :) ale mądre słowa, cudownie piszesz Anita
OdpowiedzUsuń