czwartek, 6 grudnia 2012

Puszczę, nie puszczę, puszczę...


Wczoraj moja towarzyszka leśnych wędrówek napisała mi, że z okazji Mikołajek kupiła sobie wielki korzeń imbiru, który uwielbia w każdej postaci, najchętniej soku rozkosznie rozgrzewającego od środka. Pomyślałam, że w tym roku moje buty będą puste. Nikt mi tam niczego nie włoży, no chyba, że będę to ja sama… Jak zwykle pomyliłam się! Znowu wierzę z Świętego Mikołaja!

Już rano zadzwoniła moja serdeczna koleżanka, agentka mojej nowej książki, że wpadnie na chwilkę. I przyniosła z sobą podarunek zdrowy w postaci migdałów i daktyli. Tak jak lubię. W trakcie naszego spotkania zadzwonił telefon i ktoś umówił się ze mną na indywidualne szkolenie masażu Lomi Lomi. I to tak tuż przed świętami. Decyzja padła natychmiast i tak oto w moich butach wylądowały obfite dary, jakich się nie spodziewałam! Wszechświat obdarował mnie serdecznie, a ja z radości dziękuję dziś we wszystkich językach jakie znam. Przede wszystkim tym uniwersalnym, języku ciszy...

Wczoraj przed snem czytałam mądre księgi, a każda jedna mówiła o odpuszczaniu, o nie przywiązywaniu się do rezultatów pracy, puść, uwolnij, poddaj się, szeptały stroniczki spisane przez oświecone głowy. I nie wiem przy którym to już wersecie z kolei, faktycznie COŚ się odwiązało ode mnie. Westchnęłam sobie z ulgą i poszłam śnić oczyszczające sny.

Mówią poddaj się, odpuść. No właśnie…. Wydaje się to takie proste, ale w rezultacie co to znaczy? Rozebrać się i nago biegać po osiedlu? Przestać robić cokolwiek? Zapomnieć o marzeniach, które czekają na zrealizowanie? Nie planować? Machnąć ręką? Kiedy to poddawanie się, a kiedy ucieczka bo coś nas przerosło? Kiedy to odpuszczenie, a kiedy zwykła rezygnacja bo zapał słomiany albo za trudne puszczenie kontroli? Kiedy to uwolnienie jest nim naprawdę, a nie tchórzliwym zaniechaniem? Cóż, oprócz biegania nago po osiedlu, przetestowałam wszystkie opcje…

Miotałam się tak przez wiele lat. W końcu podczas hinduskiej wyprawy zaczęłam coś rozumieć. Sznurki kontroli powoli wymykały się z dłoni i wcale nie chciałam ich łapać na siłę. Kontrola odlatywała ode mnie jak baloniki, wyżej i wyżej. Stało się to bardzo łagodnie, kiedy noc całowała się z dniem, albo odwrotnie. Gdzieś pomiędzy, zaszła przemiana. Nic nie należy do mnie, nic nie jest moje, nic nie jest na zawsze. Więc o co tak walczę? Jedyne, co zabiorę z sobą-moją duszę, w nią warto „inwestować”.

Rozpadłam się na miliony kawałków, które dryfowały po oceanie oczekiwań. Przeżyłam po to, by stworzyć się na nowo, bez zbędnych ciężarów, z ramionami wyciągniętymi w górę w geście pozdrowienia, poddania, wdzięczności, zaufania. I KTOŚ się mną zaopiekował, a w zamian wymaga jedynie: miłości, ufności, wytrwałości. Dużo? Niby tak, niby nie… Ale mnie stać na to. Wiem już jak jest, kiedy kombinuję sama. Czułam się oplątana nitkami niczym szaleniec w białym kaftanie bezpieczeństwa. Bez możliwości zrobienia ruchu. Marionetka ma lepszy żywot...

Nie chcę być więcej rybą wyciągniętą z wody. Już wiem jak to jest. Byłam tam.

Dziś widzę, że wykonałam pracę, a każda jedna kropla potu warta jest  mojego wysiłku.

1 komentarz:

  1. Dobry wieczór Agnieszko :) ale mądre słowa, cudownie piszesz Anita

    OdpowiedzUsuń

Aloha! Niech ta przestrzeń posłuży Twojej duszy, Twojemu sercu i zachęci do bycia blisko siebie :-)