Dziś mi się bardzo nie chciało. No naprawdę bardzo… Rytm
dobowy jakiś zaburzony, śpię, kiedy trzeba być obudzonym i jestem aktywna, gdy
porządni ludzie śpią. I tak mi się dziś nie chciało wstać skoro świt. Umysł
zaczął kombinować i mówić coś o przekładaniu pracy, że może zadzwonić i
przeprosić, że innym razem, że to i owo. Ciało już w tym czasie zdążyło się
ogarnąć i takie jakieś zdziwione trajkotaniem umysłu, bo o co tu właściwie
chodzi? Przecież na nogach już od półtorej godziny, sprawnie wszystko poszło tu
i ówdzie, więc o co ten lament? Posłuchałam sobie wraz z ciałem tej serenady
błagalnej pod tytułem „nie chce mi się”, a później przekręciłam guzik i
wyłączyłam dźwięk.
Zalała mnie przyjemna cisza. Od razu z ciałem odetchnęliśmy
z ulgą. No teraz to można się przygotować do spotkania z drugim człowiekiem.
Kiedy wstawałam, nie spodziewałam się kto do mnie przyjdzie na masaż i jaką
historię z sobą przyniesie, jakimi znakami mnie obraduje i co po sobie zostawi
we mnie.
Pojawiła się piękna osoba. Hawaje na głównym planie, potem Australia, Indie,
gdzieś pomiędzy Paryż, Singapur i Wiedeń, a i jeszcze Chiny się objawiły i
Świątynia Shaolin i buddyjscy mnisi piorący swoje szaty. A te wszystkie podróże
w niespełna trzy godziny. Ciało z ciałem rozmawiało o jodze, aerobiku, kung fu
i balecie. Piruety, asany, wyskoki, obroty. Za oknem słońce się przysłuchiwało
temu wszystkiemu w zadumie i mogę przysiąc, że się uśmiechało swoim żółtym
uśmiechem.
Jestem naprawdę Wybranką Losu, że mogę tak pięknie spędzać
czas i jeszcze mi za to płacą! Kiedyś czułabym się naprawdę podle, jak to,
przecież nie godzi się brać pieniędzy za coś, co sprawia mi przyjemność.
Przecież praca nie powinna taka być. Na nią się narzeka, krytykuje, ucieka do
lewych zwolnień lekarskich i wzdycha, kiedy w końcu te wakacje? Doskonale
pamiętam, jak to było być ubraną w taki sztywny gorset ram czasowych,
obowiązkowych. A teraz wszyscy idziemy na przerwę, a teraz możemy zjeść, a
teraz prosimy do domu, no sio, sio, spotkamy się przed ósmą. Cześć, pa, do
widzenia, ciao i każdy idzie do swojego czegoś. Mój gorset był uszyty chyba z
czystej wełny, bo gryzł niemiłosiernie. I choć jestem mu wdzięczna, że
utrzymywał mnie w pionie i nie pozwalał się rozsypać, to dziś zdecydowanie mi
lżej bez niego.
Ciekawa jestem, co mi przyniesie los, jakie rozmowy, jakie
postaci do mojego życia jeszcze zagoszczą. Na razie patrzę jak za oknem robi
się coraz szarzej, samochody leniwie podjeżdżają pod górkę, ktoś otwiera
furtkę. W mieszkaniu unosi się zapach świeżo upieczonych ciasteczek. W brzuchu
już kilka skończyło chrupiący żywot. I jest kanapa, która kusi: - Choć
kochanie, wyciągnij swoje ciało, zasługujesz na odpoczynek. Zobacz, na stoliku
książka już czeka. No choć.
Idę.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Aloha! Niech ta przestrzeń posłuży Twojej duszy, Twojemu sercu i zachęci do bycia blisko siebie :-)