Mówią, dobrze waż słowa… Ale jak się owo ważenie odbywa? Gdzie
rozstawić niewidzialną wagę na litery, już w umyśle? A może w sercu, gdzie się
czasem zakotłuje? Czy może dopiero na języku, tuż przez ubraniem ich w szmatki
dźwięcznych wibracji? I na jakiej podstawie się owo ważenie odbywa? I skąd ta
waga wie, że miłość lżejsza od niechęci, że radość ledwo szali dotyka, a smutek
to ciągnie w dół setką kilogramów, że NIE cięższe od TAK…
Słowo… Przedziwna z nim sprawa. Bo coś, co powstaje w
niewidzialnej strefie mnie w mgnieniu oka może stać się materią, która wpływa
na tego z kim się słowami wymieniam. Teoretycznie coś co nie istnieje może
kogoś przyprawić o smutek czy radość, może zabrać mu oddech, a może go uskrzydlić.
Zaczynam pojmować, że sama jestem ową wagą i w chwili gdy sobie to uświadamiam,
jakoś coraz mniej słów chce mi się wypowiadać. Odpowiedzialność za słowo się
odzywa. A przecież mogę się mylić i mylę się tak często… W zasadzie dziwię się,
że przy takiej częstotliwości błędów wypowiadanych, dlaczego mi jeszcze nikt
nie zabronił milczeć po wsze czasy?
Są słowa balsamy, które samoczynnie nakładają się na nasze
poranione stany osobowości, koją, przynoszą wręcz natychmiastową ulgę i to nic,
że trwają tylko do chwili wchłonięcia się ochronnej warstwy. Liczy się moment
ulgi. Są słowa dające nadzieję, które w chwili wypowiedzenia są soczystym pąkiem
kwiatu, ale jeszcze nie wiadomo jakiego koloru. Więc czekasz cierpliwie aż się
ujawni w pełni, nawet jeśli zajmie to trochę czasu. Są słowa koła ratunkowe,
których tonący chwyci się desperacko, a kiedy już w ich bezpiecznych literach
się znajdzie, doznaje pocieszenia. Są słowa kolce, które całą swoją ostrością
wbijają się boleśnie w serce i nawet słowo balsam tu niewiele może zdziałać.
Bywa, że czas je starczą ręką usuwa, ale zanim to nastąpi nie wiesz jak długo zadra będzie ból sprawiała… Są słowa pracujące w tartaku, które z mocą
metalowych zębatek tną wszystko co pod nie wpadnie, są w stanie przepołowić
nawet miłość. Są słowa niewypowiedziane, które i tak wiesz co z sobą niosą,
choć przecież się jeszcze nie urodziły. Ale i tak wiesz bo sama zbyt wiele razy
wstrzymałaś zdania, ważyłaś, mierzyłaś, a kiedy już odwagi się uzbierała
odpowiednia ilość, nagle niewypowiedziane traciło datę ważności... Są słowa
bukiety, którymi chce się obdarowywać bliskich. I wtedy układasz jedno z drugim
tak by kompozycję tworzyły idealną, by pachniały, by wabiły, by rozpieszczały. Są
słowa, których brak bo giną w obliczu tego, co jest…
Czasem pozostanie w ciszy jest najlepszą odpowiedzią, nawet jeśli
druga strona bardzo słowa wypatruje, potrzebuje, pragnie. Bo przychodzą dni,
kiedy nawet zwykłe pytanie: - Jak spałaś? Niesie z sobą taki ciężar, że język
nie ma siły by odpowiedź udźwignąć. Ostatnio odkryłam także słowa, których
wypowiadać nie trzeba. Ich siła rażenia jest tak wielka, że milknie aparat
mowy, a cała moc kieruje się do oczu, serca, duszy. I nie ma siły, by coś źle
odczytać… Jeśli masz chęć wpaść na herbatę, właśnie tak bym z tobą porozmawiać chciała,
choćby chwil kilka. Milcząc świetnie się rozmawia… Ale i w tej sprawie mogę się mylić...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Aloha! Niech ta przestrzeń posłuży Twojej duszy, Twojemu sercu i zachęci do bycia blisko siebie :-)